Recenzje i relacje bywają przydatne, ale nie umiem ich już pisać… a może raczej: wreszcie nie potrafię ich popełniać? Spróbuję to udowodnić. Do napisania tej notki zainspirowała mnie Natalia Dołżycka, z którą miałem przyjemność pogadać trochę w miniony wtorek, podczas warsztatów „Blog Roku 2014” przygotowanych przez portal onet.pl. Nie spodziewałem się, że mainstreamowe medium na co dzień zajmujące się mydłem i powidłem, jest w stanie zorganizować inicjatywę, którą uznam za wartościową. Tytuł tego wpisu sugeruje, że nie zamierzam odejść od „motta” zapisanego powyżej czerwonawym fontem (zapiski traktujące o rzeczach growych i okołogrowych). Będzie jednak przewrotnie, przynajmniej poniekąd. Postaram się wytworzyć przesłanki, z których uszyć będzie można konkluzje pomocne w odpowiedzi na trzy pytania:

  • Czego powinniśmy uczyć się od niegrowej blogosfery, byśmy mogli opowiedzieć jej życie przy pomocy gier video? (możemy się czegoś uczyć, ale od pytania „czego?”, istotniejsze jest pytanie „po co?”)
  • Co musimy robić, żeby przełożyć gameplay na język? (translacja odwrotna wydaje się mniej niemożliwa)
  • To pytanie ułóż sama/sam. (możesz zamieścić je w komentarzu pod tym wpisem, będę wdzięczny)

Przygodę z grami rozpocząłem przed wykształceniem się kompletu moich mlecznych zębów, dzięki czemu przyszłe życie odwróciło się na lewą stronę jak sweter. Gdy podczas studiów kulturoznawczych koleżanki i koledzy krzywili się przy pierwszym, drugim i trzecim spotkaniu z Lacanem, ja czułem się jak ryba w wodzie, wiedziałem bowiem jak to jest przeżywać życie, w którym nic nie jest rzeczywiste. Nie chcę być źle zrozumiany – emocje, które odczuwamy podczas obcowania z grami, są jak najbardziej prawdziwe. Sęk w tym, że zdaniem ojca francuskiej psychoanalizy to, co realne, nie istnieje.

How does it feel to live your life where nothing is real?

Nie tak dawno pisarze i blogerzy zajmowali się głównie tworzeniem treści, gracze zaś przeważnie większość wolnego czasu spędzali beztrosko buszując w wirtualnych światach. Dziś Ci, którzy mają coś do przekazania słowem pisanym, zamiast robić to, co należało do nich od zarania dziejów, zaczęli produkować autopromocyjne decybele. W jakie sidła wpadają amatorzy dygitalnych doznań? Na przykład w pułapkę negatywnej zadaniowości, czy to za sprawą wykonywania żmudnych czynności w pogoni za achievementem (coś-niecoś na ten temat skrobnąłem w tym wpisie), czy poprzez konstruowanie niewidzialnych kieratów mających pomóc w redukcji poczucia wyimaginowanej winy wynikającej z growych zaległości (napisałem o tym tę notkę).

Fot. Michał Szafrański (http://jakoszczedzacpieniadze.pl)
Fot. Michał Szafrański (http://jakoszczedzacpieniadze.pl)

Powyższy akapit był moim wstępem do opisu wrażeń pierwszej z prelekcji podczas „warsztatów”, o których wspomniałem w drugim zdaniu niniejszego tekstu. Grzegorz Strzelec z Onetu bardzo sensownie wylistował kompilację popularnych mitów i trików dotyczących SEO… must have knowledge dla każdego blogera myślącego „poważnie” o blogowaniu i nie ma ironii w tych moich słowach, bo prowadzą one do (zatrważającego?) mini-wniosku, który powinien chyba być oczywistą oczywistością: blogowanie to nie to samo, co pisanie na blogu.

Studiując creative writing podczas zajęć dumnie zwanych „kreatywne pisanie w internecie” informatyk-programista tłumaczył nam, na przykład, działanie google analytics, google trends et cetera ex machina. Zamiast o pisaniu, mówiliśmy między innymi o internet traffic. Myśląc „who the fuck is Alexa…” kreatywnie zrodziłem nazwę „grotatnik”, ale zaraz, zaraz…  Quo vadis blogosfero?

Nie liczę na 100k UU (unical users) miesięcznie i bardzo wzruszyło mnie to, co kilka godzin po Strzelcu powiedział autor bloga roku 2013 (haloziemia.plKonrad Kruczkowski, bo utwierdziłem się w przekonaniu, że warto pisać dla garstki czytelników i że celem mojego pisania wcale nie jest dotarcie do szeroko zakrojonych targetów.

Jeśli to czytasz, to szczerze dziękuję Ci, że postanowiłeś poświęcić kilkanaście minut Twojego życia, na kontakt z treścią, którą chcę przekazać, bo zdaję sobie sprawę, że w żaden sposób nie jestem w stanie zwrócić czasu odbiorcy, który zdecyduje się poświęcić cenne chwile na obcowanie z produkowaną przeze mnie opowieścią. Staram się, żeby ktoś, kto zdecyduje się wchłonąć mój tekst, nie zmarnował ani sekundy. Nawiasem, w ramach ćwiczenia pamięci nie robiłem żadnych notatek z warsztatów, które są drugoplanowym bohaterem tej notki.

Czytam napisy końcowe po ukończeniu większości gier… i gdy widzę frazę „thanks for playing”, to zdarza mi się w duchu odpowiedzieć „you’re welcome, my pleasure”. Mój czas również jest bezcenny i szanować go nauczyły mnie między innymi gry video. Być może podziękowania developerów bywają czczym gadaniem i wyświechtanym wytrychem do serc naiwnych immersyjnych narkomanów, jednak gdy wynurzam się z tych moich zanurzeń, to chyba potrafię trzeźwiej ocenić rzeczywistość – ta od lat bywa mi w pewien sposób obca. Zerkam więc na nią nieco uważniej i dostrzegam czasem niedobłysk na wybłysku dzięki tej czujności.

Konrad podczas wystąpienia założył, że treść i autor to dwa zbiory, po czym stwierdził, że blog przeważnie jest ich iloczynem. Prowadzący haloziemia.pl użył wprawdzie innych słów, ale przed ratuszem stojącym w mieście mojego rozumowania przez lata stał pręgierz zwany logiką, stąd moje ciągoty do syntez, które przetrwały kluczową dla mojego życia konwersję z umysłu ścisłego na humanizm. Różni myśliciele powołali do życia wiele szkół odseparowywania dzieła od autora, i choć rozumiem konieczność kompresji i selekcji towarzyszącą przygotowywaniu prezentacji do wygłoszenia, to nie potrafię przełknąć modelu, w którym ten blog miałby być iloczynem zbioru mnie jako autora i czytanej przez Ciebie treści. Jestem za to w stanie wykorzystać ów model do analogicznego stworzenia zrębu jednej z możliwych definicji gameplay’u jako części wspólnej zbioru, którym jest gracz ze zbiorem, którym jest gra. Z algebraicznego punktu widzenia doceniam za to część sposobu konstrukcji wzoru na slowblogging/qualityblogging:

qualityblogging

Przypuszczam, że równanie zaprezentowane przez Konrada miało mieć wymiar symboliczny, w każdym razie nie zrozumiałem go w całości, pewnie przez to, że studiowałem matę pod czujnym okiem profesora Ludomira Newelskiego (podziwiam go do dziś, bo książka i film Beautiful Mind są marnym ersatzem kontaktu z ludźmi oddanymi matematyce). Kluczowe dla dyskutowanego wzoru jest umieszczenie „koncentracji na wyniku” w mianowniku ułamka, dzięki czemu, gdy wspomniane skupienie na celu dąży do zera, jakość zmierza ku nieskończoności. Jest w tym krzta prawdy.

Listen up boy, now here’s the squeeze. You’d rather die on your feet than live a life on your knees. On and on it goes until my head explodes.

Może się wydawać, że przeceniam rolę gier jako czynnika kształtującego moje postrzeganie świata, umiejętności i szeroko pojętą zaradność. Agnieszka Kaluga (prowadząca zorkownię) opowiadając (oklaski za niewspomaganie się wyświetlaną prezentacją) o tym, że niekiedy mniej znaczy więcej, wspomniała o tak zwanych „zahaczkach”, które są wplecionymi w tekst historiami osobistych doświadczeń autora. Zdaje mi się, że owe wtręty stanowią pokaźną część moich wpisów, zatem nikt nie powinien mieć mi teraz za złe, że ucieknę w – z życia wziętą – dygresję, by uargumentować stanowisko dotyczące growej ludyczności jako czynnika modelującego moje biegłości.

<zahaczka> Uczęszczając do liceum zdobywałem wysokie oceny końcowe, bo zależało na nich moim rodzicom. Wyjątkiem był język polski, z którego zawsze miałem średnią ocen cząstkowych pomiędzy 1,5 a 2,0. Trochę żałuję, że nie czytałem lektur, bo wciąż nadrabiam zaległości. Większość kontaktu ze słowem czytanym zawdzięczam grom (kiedyś bywało w nich chyba więcej tekstu niż dziś), dzięki czemu zamiast uczyć się odpowiadać zgodnie z gustem narzuconym przez polonistkę i system edukacji, czytałem treści, które później wykorzystywałem do wykonania różnorakich misji. Drugą zaletą mojego „szkolnego nieczytania” jest niewątpliwie odporność na „jedyne słuszne interpretacje”, które zainteresowały mnie poezją (w czasach LO szczególnie ceniłem awangardę krakowską i jej spuściznę), czego skutkiem było zdobycie jednej oceny celującej (obok jedynek, dwój i okazjonalnych dostatecznych) podczas odpytki z futuryzmu. Pamiętam do dziś rozdziawione usta całej klasy, gdy stojąc przed tablicą ponad 45 minut opowiadałem o rzeczach, o których nie mieli bladego pojęcia. Widzę wyraźnie też stoicki błysk w oku polonistki, która zapytała mnie: „- Kamilu, skąd masz tę wiedzę?”, odpowiedziałem mniej więcej tak: ” – najwidoczniej moje interpretacje tej poezji pokrywają się w jakiejś części ze znanymi pani interpretacjami”. Ów błysk zobaczyłem jeszcze jako absolwent (często odwiedzający swoje liceum), gdy po zdobyciu 100% na ustnej maturze (wiem, że to żaden wyczyn) zostałem rok później poproszony o wygłoszenie prezentacji w klasie humanistycznej (chodziłem do mat-inf) jako wzór do naśladowania. Kończąc już te przechwałki napiszę jeszcze, że trudno znaleźć mi inny katalizator, któremu mógłbym zawdzięczać wykształcenie się moich językowych zdolności… oprócz godzin spędzanych przed konsolami i komputerami, grałem jeszcze w piłkę nożną i siatkówkę, słuchałem też dużo muzyki, a innym rzeczom poświęcałem ułamek pozostałego czasu. Absolutnie nie twierdzę, że gry video są rewelacyjnym sposobem na rozwój, uważam jedynie, że mój świadomy wybór okazał się dla mnie opłacalny. </zahaczka>

Fajna zahaczka?

Wracając do warsztatów, Kuba Jankowski, współtwórca programu MaturaToBzdura (aktualnie zajmuje się między innymi tym kanałem) radząc jak jak być skutecznym youtuberem poruszył ważny dla mnie problem związany ze szczególnym rodzajem syndromu odstawienia. Podejrzewam, że większość osób mogło nie zrozumieć, gdy Kuba mówił o dziwnym samopoczuciu po zrezygnowaniu z nagrywania filmowych materiałów, zwłaszcza że poświęcił temu tematowi dwie krótkie chwile swojej kilkudziesięciominutowej prelekcji.

Jakiś czas temu przemeblowałem swoje zwyczaje: zrezygnowałem ze studiowania matematyki, zacząłem czytać książki (postanowiłem nadrobić zaległości), poczułem miłość do filozofii i odstawiłem na kilka lat gry video. Choć zajmowały mnie różne nowe rzeczy, nie chciałem grać i jednocześnie miałem na to ochotę… immersyjnym narkomanom nie wystarczą namiastkowe odskocznie w postaci filmu, książki, muzyki czy teatru – magia efektu zanurzania towarzysząca eksplorowaniu wirtualnych światów jest niepodrabialna przez żadne inne medium. Nie chcąc wrócić w szpony nałogu, w kryzysowych chwilach grywałem w bilard, brydża lub szachy. Może trochę teraz koloryzuję, bo podczas tego quasi-odwyku zdarzało mi się poprzyciskać gitarę i pobębnić przy Guitar Hero oraz przetestować kontroler move i Kinecta, ale przez długi czas miałem ambiwalentny stosunek do elektronicznej rozrywki. W moim przekonaniu istotnym zagrożeniem, które mogą spowodować gry video jest zaniedbywanie przez nie innych obowiązków, a dzieje się tak przeważnie wtedy, gdy za ekranem monitora czy telewizora szukamy ewakuacyjnego wyjścia, gdy zaczynamy uciekać przed problemami rzeczywistości do równoległych wirtualnych uniwersów. W samej immersji nie ma nic złego, jej pomoc często bywa nieoceniona, na przykład gdy szukamy odskoczni, by wyłączyć się na jakiś czas z życia, by wziąć coś w nawias z zamiarem naładowania baterii i powrócenia do realnego otoczenia ze świeższym spojrzeniem.

Najmocniejszym uderzeniem podczas spotkania w Centrum Konferencyjnym Muranów w Warszawie było wystąpienie Michała Szafrańskiego znanego z prowadzenia bloga jakoszczedzacpieniadze.pl. Co finansowy bloger może mieć do powiedzenia entuzjastom wirtualnych uniwersów?

Wertując blog Michała postanowiłem założyć sobie arkusz kalkulacyjny podsumowujący między innymi wydatki na growe przyjemności. Zamierzam wpisywać tam koszta związane z grami i uczestnictwem w skoncentrowanych na nich wydarzeniach (IEM2015 tuż tuż!). Choć aktualna wartość mojej kolekcji na platformie Steam to 16609€ (1738 pozycji) – takiej kwoty potrzebowałbym dziś, żeby zakupić wszystkie posiadane przeze mnie tytuły płacąc za nie 100% ceny – to dla grających zakupoholików oczywistym jest, że wydałem na te produkcje dużo mniej. Ostatnie lata na rynku PC-towych gier charakteryzują się regularnymi zniżkami rzędu 50-90%, a do tego znaczną większość posiadanych przeze mnie pozycji nabyłem w tzw. bundlach (nieobeznanych z tematem odsyłam np. do tego wpisu)… nie mam zatem pojęcia ile realnie pieniędzy przeznaczyłem na gry, zwłaszcza że ponad 20 lat temu zacząłem wydawać/inwestować pieniądze w tytuły niepowiązane z platformą Steam (gdy kupowałem pierwsze swoje gry Steam jeszcze nie istniał), w szczególności w produkcje konsolowe… no właśnie, urządzenia do uruchomiania poszczególnych tytułów i growy osprzęt (słuchawki, myszki, podkładki, klawiatury, gamepady i inne kontrolery, mikrofony, monitory, telewizory etc.) oraz branżowa prasa (i ostatnio literatura) przecież nie spadły mi z nieba.

Wątpię, żeby starczyło mi werwy do śledzenia wszystkich moich kosztów i przychodów, ale zamierzam poważnie zainteresować się własnymi finansami, a dodatkowo w celach badawczych zaznajomić się z wydatkami na elektroniczną rozrywkę, by później napisać na tym blogu artykuł na ten temat. Michał podczas warsztatów nie mówił o rzeczach bezpośrednio związanych z kontrolowaniem budżetu, skoncentrował się na sposobie przygotowania dobrej umowy współpracy blogera z marką (i jego wystąpienie urwało mi dupę, ale nie widzę nieabsurdalnego związku tego urwania z grami, więc tym optymistycznym akcentem zmierzę ku końcowi opisywania moich warsztatowych wrażeń).


O miłości do pisania podczas warsztatów mówiło wiele osób z Agnieszką Kalugą i Konradem Kruczkowskim na czele. Ja piszę i gram, bo kocham dawać ponieść się tak zwanemu flow (lubię też coś, co zwie się hard fun). Być może to trochę banalne, ale demolując, eksplorując, kreując i ratując nieskończoną ilość równoległych światów czuję, że pozwalam ponieść się jakiejś sile i można porównać to do dziecięcej zabawy polegającej na szybkim obrocie wokół własnej osi (nie tylko gatunek homo sapiens lubi niekiedy tracić kontrolę). Jako dziecko zawsze rzygałem podczas przejażdżek intensywniejszymi karuzelami, dziś chce mi się wymiotować od masowo produkowanych lajfstajlowych treści, których autorzy niczym demiurgowie nadają formę naszym bezkształtnym gustom i choć robią to w prosty sposób, odszczeknięcia pokroju „hello captain obvious” zlewają się w grupowy niemy krzyk… lub żałośnie piskliwy hejt. Gram i wypowiadam się o grach, bo widzę zarówno pozytywne jak i negatywne siły tego medium. Oczywiście wielu blogerów (również tych lajfstajlowych) robi dobrą robotę i wielu z nich to świetni ludzie, od których my gracze możemy się sporo nauczyć i których możemy przekonać, że gry video to czasem coś więcej niż trywialna rozrywka.

  • Świetny wpis, czytało mi się go wyśmienicie. Dał mi do myślenia jeśli chodzi o to jak gry kształtowały mnie.

    • Dzięki za miłe słowa! Cieszę się, że notka przypadła Ci do gustu ;-).

  • Fajnie być inspiracją do dobrego wpisu. Oby tak dalej! 🙂

    • Pomyślałem, że spróbuję napisać quasi-relację, gdy zgodziłem się z Tobą co do tego, że relacje mogą być interesujące tylko dla osób, które uczestniczyły w relacjonowanym wydarzeniu :D. Lubię pisać relacje/recenzje, gdy mogę odpłynąć i skoncentrować się na wszystkim innym niż na opisywanym przedmiocie/tekście/wydarzeniu, dostałem za to kiedyś ekstra punkty na zaliczeniu „warsztatów humanistycznych” i wziąłem to za dobrą monetę. 😀