Na początku tego tygodnia do sklepów trafił sequel Blackguards i szczerze mówiąc, mimo śledzenia growych serwisów, gdybym nie zakupił tej gry w pre-orderze, to pewnie w ogóle nie zauważyłbym premiery najmłodszego dziecka Daedalic Entertainment. Kilka dni temu na blogu Eweliny Przywary, przy okazji komentowania jej wpisu o wrażeniach na temat Warlords of Draenor, wywiązała się krótka dyskusja dotycząca w szczególności wyczekiwania tytułów, w które pragniemy zagrać od chwili, gdy dowiemy się, że są tworzone. Wspomnianym chęciom niekiedy towarzyszy przedpremierowy zakup lub nabycie w dniu, gdy można się już “cieszyć” daną produkcją. Dziś natrafiłem na bloga, którego autor dopiero w zeszłym roku pierwszy raz nabył grę w pre-orderze, bo zawsze wolał kupić sobie kilka starszych produkcji… zszokowała mnie ta informacja.

Zdaję sobie sprawę, że różni ludzie mają różne możliwości finansowe i że ceny nowych gier, w stosunku do średnich polskich zarobków, są całkiem wysokie. Nie jestem zwolennikiem przepłacania i nie twierdzę, że powinno się grać wyłącznie w najświeższe tytuły, zwłaszcza że aktualnie spora ich część w momencie premiery jest średnio grywalna, a ceny spadają dość szybko. Popieram oszczędność i racjonalne planowanie zakupów. Wiem też, co przeważnie dostajemy, gdy inwestujemy dziś pieniądze w jeszcze niewydaną grę – pisałem już o tym na łamach tego bloga, ale przypomnę jeszcze raz słowa wieszcza Cartmana: kupując grę w pre-orderze dostajemy dużego fiuta w usta.

Biorąc pod uwagę to wszystko, nie wyobrażam sobie, by choć raz na jakiś czas nie zakupić, tak szybko jak to możliwe, chociaż jednej bardzo wyczekiwanej produkcji.

Uroki lat 90′ i wczesnych dwutysięcznych

Pierwszą grę za świadomie uciułane, dziecięce oszczędności, kupiłem (chwilę po premierze) zanim posiadałem urządzenie umożliwiające jej uruchomienie (wcześniej rodzice obiecali, że dostaniemy z siostrą nowy komputer). Trzymałem ją na półce jak Biblię. Gdy wertowałem strony CD-ACTION, Click!, Komputer Świat GRY, PSX Extreme i innych tego typu czasopism, skrupulatnie wybierałem najbardziej interesujące mnie tytuły i wpisywałem je do zeszytu z odpowiednimi adnotacjami.

Oczekiwaniu, zwłaszcza na kolejne części tytułów, które uważałem za wybitne, towarzyszyło snucie różnych konstrukcji w głowie oraz rozmowy ze szkolnymi kolegami. Ze strzępków informacji tworzyliśmy sanktuaria, wymyślaliśmy alternatywne światy, do których tak bardzo chcieliśmy zostać wpuszczeni nie oczyma wyobraźni, a przez ekrany monitorów i telewizorów.

Pamiętam, gdy podczas ferii spędzanych u kuzyna (początek lat dwutysięcznych), wyczekiwaliśmy listonosza mającego przynieść zamówioną w pre-orderze konsolową grę. Siedzieliśmy wtedy z jego starszym kolegą, który wyrwał zafoliowane pudełko z rąk mojej cioci odbierającej przesyłkę i uciekł z nią do łazienki – okazało się, że musiał załatwić fizjologiczną potrzebę, a nie chciał, żebyśmy uruchomili nowy tytuł bez niego ;-).

Na grzbietach szafek układałem pudełka od kolejnych gier. Te z nich, które zakupiłem w dniu premiery lub kilka dni później/wcześniej, umieszczałem w najbardziej widocznych miejscach. Wewnątrz tych boxów trzymałem materiały dodatkowe – wielostronicowe instrukcje, mapy, poradniki i tym podobne. Z produkcjami, które miałem od chwili, gdy można było je kupić, obcowałem zwykle dłużej niż z pozostałymi – w końcu były to najbardziej przemyślane inwestycje, które podpierałem historiami powstającymi od czasu zetknięcia się z pierwszym newsem o danym tytule.  Wiem, że ta magia nie powtórzy się już w czasach internetu, cyfrowych zakupów, atrakcyjnych promocji i dużo większej ilości gier na rynku.

Dziś hype tworzą wydawcy

Wyrywanie kartek z kalendarza w oczekiwaniu na premierę jakiejś gry nie było mi obce, ale zmieniło się to mniej więcej po dwóch dekadach grania. Dziś to nie my gracze odpowiedzialni jesteśmy za wyrabianie grom dobrych opinii, pałeczkę przejęli specjaliści od kreowania wizerunku produktów. Premierom największych tytułów (tzw. gier AAA) towarzyszą reklamy i marketing stanowiące pokaźną część budżetów poszczególnych produkcji.

Wiele osób daje wmówić sobie gust, choć wydaje im się, że kierują się swoim własnym zdaniem, to za dobrymi recenzjami idzie dobra sprzedaż. Niestety samo kształtowanie gustów to tylko wierzchołek góry lodowej. Na jaw wychodzą afery, które dotyczą nawet naprawdę dobrych gier. Popularny youtuber John Bain (znany jako TotalBiscuit) zdemaskował jedną z nich zdradzając otrzymanie od PR-owej firmy Plaid Social Labs (niech sczezną!) kontrowersyjnej propozycji współpracy, która dotyczyła promowania gry Middle-earth: Shadow of Mordor. Za przedpremierowe udostępnienie produkcji TotalBiscuit miał zobowiązać się do przygotowania pochlebnego materiału zgodnie z wytycznymi ofertodawcy.

Ponadto samych gier pojawia się dziś na rynku dużo więcej niż kiedyś i jakość znacznej większości z nich jest, w moim przekonaniu, co najwyżej przeciętna. Przestałem wyczekiwać premier z wypiekami na twarzy. Czy dlatego, że sparzyłem się zbyt często i tytuły, które miały wprowadzić mnie w głęboki efekt zanurzenia wywołały jedynie rozczarowanie? A może generalnie moje roszczenia wobec tekstów kultury się jakby uśpiły i uważam, że są tym lepsze, im więcej jesteśmy im w stanie wybaczyć?

Choć nie czuję już tych przedpremierowych ciarek tak jak kiedyś, to nadal bywam zauroczony od pierwszych chwil z niektórymi produkcjami i mimo wszystko, wciąż wypatruję nowych tytułów, którym później kibicuję. Hotline Miami 2: Wrong Number zamówiłem przy pierwszej możliwej okazji – czyli w sierpniu ubiegłego roku na Kickstarterze w ramach wsparcia projektu polegającego na tworzeniu figurek postaci z pierwszej odsłony tej wyjątkowej gry (niebawem powinienem mieć wczesny dostęp, więc pewnie przygotuję dłuższy materiał o tych produkcjach). Chcę też zagrać jak najszybciej w nadchodzące Mortal Kombat X i pre-order rozważam wcale nie dlatego, żeby otrzymać dodatkową postać (Goro) czy jakieś inne dodatki. Śledzę też każdą wzmiankę o sequelu Mirror’s Edge, bo pierwsza część urzekła mnie do tego stopnia, że przywróciła mi wiarę w sens spędzania czasu przed monitorem i wróciłem do grania po dłuższej przerwie.

Co (pozytywnego) otrzymujemy dzięki wczesnemu zakupowi?

Decydując się na grę w premierowej cenie, możemy brać udział w rzeczowych dyskusjach na jej temat od samego początku. W pewien sposób głosujemy portfelem na markę, której ufamy. Mamy szansę na wpłynięcie na czyjś gust. Często też, jako zachętę, otrzymujemy możliwość tzw. early access (wczesnego dostępu), czyli grania w jeszcze nieukończoną grę, przeważnie w jej wersję beta (mało kto decyduje się na udostępnianie grywalnych alf). W przeważającej większości wydawcy poprzez sklepy kuszą nas dodatkami, najczęściej cyfrowymi. Może to być DLC w gratisie (zawierające przeważnie jakieś dodatkowe misje lub przedmioty w grze), soundtrack, artbook itp. Szczególną formą przedsprzedaży jest crowdfunding, czyli forma finansowania przez społeczność, która zwykle zostaje w jakiś sposób wynagrodzona – wspierając growy projekt najczęściej otrzymuje się po prostu kopię danej produkcji, a w przypadku wpłaty większej kwoty, niekiedy można liczyć na dodatkowe atrakcje, takie jak: kolację z deweloperami, pojawienia się imienia i nazwiska wspierającego w napisach końcowych lub jakąś dodatkową ekskluzywną zawartość.


Decydujesz się czasem na przedpremierowe zamówienie jakiejś gry, czy raczej uważasz że nie ma to dziś najmniejszego sensu i zupełnie nie odczuwasz potrzeby “bycia na bieżąco”?


Fatal error: Call to undefined function dsq_is_installed() in /home/szkup/domains/grotatnik.pl/public_html/wp-content/plugins/force-ping-display-with-disqus/forceping.php on line 15