Let me know who to kill when the war is on…

11
źródło: Steam

Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem napisania kilku zdań o jednej z najważniejszych polskich gier. Śledziłem jej losy na długo przed premierą, zakupiłem przed dniem wydania i spędziłem z nią parę chwil, gdy była na ustach połowy grającego świata. Cieszyłem się z komercyjnego sukcesu deweloperów i byłem zażenowany artykułem Marka Rabija oraz próbami jego żałosnej polemiki, którą starał się elegancko bronić swojego pokracznego „punktu widzenia”. Nie trudno domyślić się, że będę pisał o grze This War of Mine, którą wyprodukowało warszawskie 11 bit studios. Chcę skoncentrować się na obronie przed narzucanymi nam interpretacjami, bo czuję, że (wbrew pozorom) rzadko kiedy bierzemy udział we własnych wojnach. Dajemy zbić się z pantałyku, bo jesteśmy tak zagonieni, że nie mamy czasu spokojnie się zastanowić i przegrywamy, a zabija nas wiara w to, że inni wiedzą lepiej.

I have seen too much, I haven’t seen enough… You haven’t seen it.

Oczywistą oczywistością jest to, że wojna to koszmar… ale nie dla każdego, bo żyjemy w świecie pomieszanych pojęć. Zdaję sobie sprawę, że powstało mnóstwo tekstów kultury podejmujących tę trudną tematykę oraz multum słusznych i niesłusznych komentarzy próbujących wyperswadować wielkość dzieł uznawanych za wielkie dzieła. Autor wspomnianego przeze mnie artykułu, który ukazał się na łamach Newsweeka, próbuje uświadomić czytelnikom, że odczucia towarzyszące obcowaniu z grami są miałkie i nieistotne w porównaniu z tym, co czują ludzie biorący udział w prawdziwej wojnie. HELLO captain obvious!

Żeby wyważyć otwarte drzwi Marek Rabij posiłkuje się opinią pseudo-autorytetów – prof. Zbigniewa Nęckiego i sierżanta Jewhena Szewczenko walczącego na Ukrainie w chwilach gdy granża zachwycała się produkcją 11 bit studios. Oczywiście psycholog społeczny z Uniwersytetu Jagiellońskiego i żołnierz z frontu wiedzą lepiej, co czuje np. taki szary zjadacz chleba (i igrzysk) jak ja. Drodzy Panowie, Kamil Szkup, który gra w This War of Mine, przeżywa tę historię na swój sposób i nikt nie powinien degradować jego doświadczeń do „cyberzabawy, w której człowieka sprowadza się do źródła ewentualnych korzyści”. Szanowny profesorze, redaktorze, sierżancie – idąc tropem, który wskazujecie, powinniśmy wziąć w nawias całą najznakomitszą beletrystykę, filmy, muzykę, poezję i sztuki teatralne, które nas ukształtowały.

Gry komputerowe są dużo mniej dojrzałym medium od tych, które wspominam w poprzednim zdaniu, jednak obcowanie z nimi nie determinuje niedojrzałości odbiorcy. Innymi słowy: to, że jedne wrażenia są powszechnie uważane za istotniejsze niż inne, nie oznacza, że inne są błahe. Miałem przyjemność pracować z emerytowanym żołnierzem, który był na misji w Iraku, mam znajomych z Ukrainy, przeżywałem też śmiertelnie poważną operację bliskiej mi osoby i zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy rzeczywistością a światami wirtualnymi. Moje emocje są prawdziwe, bez względu na to, czy dotyczą znakomitego w moim odczuciu filmu Vals im Bashir, książki Manfred’s Pain czy też rzeczywistego cierpienia, o ile coś takiego w ogóle istnieje i nie jesteśmy mózgami w naczyniach.

Idola tribus, idola specus, idola fori, idola theatri et… Die eristische Dialektik!

Profesorowi Nęckiemu serdecznie radzę odświeżyć sobie lekturę brytyjskiego filozofa Francisa Bacona, w szczególności teorię poznawczych iluzji. Dodatkowo na przyszłość sugeruję obcować z tekstem kultury, na którego temat chce się dyskutować, a ogólne domniemania starać się rozwiewać, albo w ostateczności zostawić dla siebie. Z kolei redaktorowi Rabijowi chciałbym życzyć zastanowienia się nad etyką zawodową, jeśli to hasło jeszcze cokolwiek dziś znaczy. Śledziłem komentarze zarówno na blogu zgranarodzina.edu.pl, jak i polemikę z blogerem Dawidem Walerychem, który krytykował niesławetny artykuł o najmłodszym dziecku 11 bit studios. Problemem większości wypowiedzi dziennikarza Newsweeka jest w moim przekonaniu to, że bliżej im do erystycznej żonglerki, niż do próby dialogu. Na łamach wspomnianego przeze mnie bloga, Rabij odpowiada wybiórczo i nie doprowadza dyskusji do końca, zaś na stronie internetowej Newsweeka zamiast położyć nacisk na konkrety i spróbować podsumować całą sytuację (a nie tylko notkę Walerycha), wspominając np. o ingerencji redakcji w tekst (ponoć autor zaproponował tytuł „Sarajewo 2.0”, który został zmieniony na „Jak zarobić na wojnie”). Łatwo jest napisać, że „papier ogranicza” i kwitować karkołomne elementy krytyki, ale to nie poważna dyskusja, tylko odwracanie kota ogonem. Nie twierdzę, że należy albo zachwycać się TWoM, albo milczeć. Widzę pewne ułomności tej gry i zgadzam się z częścią argumentacji Rabija, gardzę jednak tekstami skonstruowanymi w sposób, który wprowadza odbiorców w błąd.

Wiem, że nie każdemu chce się śledzić wszystkie podczepiane przeze mnie linki, więc chciałbym wyróżnić jeden z komentarzy czytelników bloga zgranarodzina.edu.pl, którego autorem jest Rafał Lisowski:

„[…] nie graczom jest Pan coś winien i nie na blogu w Internecie powinny się znaleźć Pana wyjaśnienia. Bo gracze, jak na pewno zdążył Pan zauważyć, mają papiery na wyrobienie sobie własnego zdania i polemikę z Pańskim artykułem. Pewnie nawet 11bit studios tak naprawdę nie ucierpi (również – ach! – finansowo) od jednego źle napisanego artykułu wobec tylu dobrych na całym świecie. Największymi pokrzywdzonymi są mainstreamowi czytelnicy Newsweeka, których wprowadził Pan w błąd, a oni są bezbronni i kupią ten tekst takim, jaki został wydrukowany. To właśnie im jest Pan winien wytłumaczenie – nie w Internecie, ale w druku. Rzetelny, dobrze zriserczowany artykuł, na przykład na temat rosnącego w siłę zjawiska „Gry komputerowe jako sztuka”. Czy czytelnicy Newsweeka się go doczekają?”

W przeciwieństwie do Rafała uważam, że Rabij jest winien coś również graczom, bo dlaczego obok cytowania jakiegoś matoła: „W realu jeszcze nie rozjebałem nikomu łba, ale coś takiego chyba mocno ryje człowiekowi beret” w artykule nie pojawił się komentarz dojrzałego gracza? Pewnie, że wśród odbiorców gry 11 bit studios znajdą się osoby, które nie pojmą intencji autorów i jak najbardziej warto to odnotować. Jak słusznie zauważa Lolo (który również brał udział w dyskusji na blogu zgranarodzina.edu.pl), rekcje osób obcujących z TWoM były, są i będą rozmaite:

„Z pewnością znajdą się tacy, którzy wymordują pół miasta dla rozrywki, podobnie, jak wśród odbiorców filmów znajda się tacy, którzy rechoczą podczas najbardziej tragicznych scen. To, że tacy ludzie istnieją, nie obciąża ani twórców filmów, ani gier, tylko chamów, którzy nie rozumieją przesłania, a ludzkie cierpienie budzi ich wesołość.”

Może zatem, w artykule z Newsweeka, dla równowagi warto byłoby dopuścić do głosu również kogoś, kto z TWoM wyniósł coś więcej? Może warto usłyszeć te niewypowiedziane (np. przez nieświadomego czytelnika Newsweeka) „let me hear both sides” oraz nie traktować podejmowanych tematów powierzchownie tylko dlatego, że medialnie nośne jest krytykowanie gier i graczy?

Who’s in a bunker? Who’s in a bunker? Women and children first?

Siłą produkcji 11 bit studios jest według mnie przede wszystkim to, jak szarpie ona naszymi emocjami. Przy pierwszym podejściu do gry doprowadziłem do sytuacji, w której trójka moich podopiecznych prawie umierała… potrzebowaliśmy lekarstw i jedzenia. Na poszukiwania wysłałem „najzdrowszą” osobę. Natrafiłem na handlarza mającego na wymianę produkty, które mogły NAS uratować. Niestety rzeczy, które udało mi się znaleźć podczas tamtej nocy, nie były wystarczająco wartościowe dla potencjalnego kontrahenta. Nie zastanawiając się zbyt długo postanowiłem wymienić wszystko co mam na… siekierę. Zabiłem go. Siekierą, którą kupiłem odeń kilka sekund wcześniej. Zabiłem też jego współmieszkańca – nie pamiętam nawet czy był to drugi mężczyzna, czy kobieta – zająłem się plądrowaniem ich schronu, bo zegar tykał. Zabrałem medykamenty i żywność, znalazłem też alkohol. Wróciłem do schronienia. Jeden ze współtowarzyszy zmarł tej nocy. Udało się uratować pozostałych. Kac moralny postaci, którą dokonałem okropnych czynów, zaczął mi się udzielać, nie tylko dlatego, że skrytykowali mnie dygitalni podopieczni… this war of mine.


Poniżej znajdziecie artykuł Marka Rabija (klikając w obrazy poszczególnych stron, otworzycie je w większej rozdzielczości).

Przy okazji polecam lekturę notki Wojtka Bierońskiego, którego również poirytował redaktor Newsweeka.


Newsweek, Marek Rabij, Jak zarobić na wojnie, part 1 Newsweek, Marek Rabij, Jak zarobić na wojnie, part 2 Newsweek, Marek Rabij, Jak zarobić na wojnie, part 3

2 Pingbacks/Trackbacks

  • Prawdziwe intencje Marka Rabija zdradził jeden fragment. Ten z „rozjebaniem łba”, który wyłuszczył w Newsweeku na czerwono. Wszystkie jego argumenty można zbić przytoczeniem tego przykładu. Nikt, kto pisałby artykuł merytoryczny, nie pod tezę i rzeczowy, nie posunąłby się do takiej taniej sztuczki, stanowiącej jednocześnie dowód, jak głęboko w stereotypach dotyczących gier tkwi red. Rabij.

    • „Rozjebanie łba” to wierzchołek góry lodowej, bo w artykule przewijają się również inne negatywne stereotypy, zupełnie niepotrzebne negatywne konotacje itd. Choćby w leadzie możemy przeczytać, że na grę czekał rynek, a nie gracze… czy też „zdobyć zazwyczaj oznacza ukraść” – na jakiej podstawie to stwierdzenie? Albo „świat wyprany z praw i reguł” – srlsly? Szkoda, że redaktor nie pokusił się o kontakt choćby z Tobą, czy z innym niezależnym i zaangażowanym blogerem, który grał w TWoM i mógłby być opozycją dla sierżanta, profesora i nie wiadomo skąd wytrzaśniętego gracza, który jeszcze nigdy nikomu łba nie rozjebał.

  • Idąc tokiem rozumowania p. Rabija należało by podważyć sens produkowania wszelkich filmów upamiętniających wojny, powstania i naszą burzliwą historię, bo po co? Skoro odbiorcy i tak nie są w stanie postawić się na miejscu walczących i empatycznie poczuć te straszne emocje. No ale czy to jest jedyna funkcja jaką spełniać mają takie filmy/gry? Twom jest świetną produkcją i nic tego nie zmieni. Sama ogrywam ‚na raty’ delektując się każdą nowością jaką w danej rozgrywce napotkam. Szkoda, że naprawdę wartościowe dyskusje i refleksje na temat gier toczą się na fajnych, wartościowych blogach w niestety wąskim gronie, a media, które mają ogromną ilość odbiorców jak już coś napiszą, to po to by wywołać kontrowersje, często powielając wyssane z palca bzdury budują w świadomości ludzi nie związanych z tematem jakieś zamazane i nieprawdziwe obrazy, co sprawia, że branża gier jest postrzegana tak a nie inaczej..

    • Przez kilka lat czytałem regularnie większość tygodników opinii, przeważnie od deski do deski (kupowałem każdą POLITYKĘ, a za free mogłem czytać każdy numer Newsweeka, Wprost i Przekroju), ale w pewnym momencie uznałem, że jakość tych tekstów zaczyna być coraz gorsza i zaniechałem obcowania z tymi treściami (sporadycznie czasem przejrzę jakiś numer, ale bardziej po to, żeby zobaczyć, czym żywi się społeczeństwo). Porzuciłem również lekturę prasy growej, której zawsze miałem w domu na tony. Z kolei sporo mainstreamowych growych portali od jakiegoś czasu zaczęło produkować teksty, które wyglądają na lekko zmodyfikowane depesze PAP-u – wszędzie to samo, wszędzie zbyt pobieżnie, bez próby głębszej analizy. Jest dokładnie tak jak napisałaś, wartościowe dyskusje i refleksje można znaleźć w blogosferze, choć niestety część blogów (zwłaszcza tych, które aspirują do tego, by grono czytelników poszerzało się jak najszybciej), zaczynają popełniać błędy głównego nurtu. Na szczęście wciąż da się znaleźć wartościowe miejsca w sieci, w których można dowiedzieć się czegoś ciekawego, podyskutować na poziomie etc. :).

      • Tak to niestety jest – im więcej czytelników tym bardzo często twórca treści stara się je dopasować do tego jakich ma odbiorców. Rozwala mnie niska jakość tekstów traktujących o niczym, pisanych dla samego pisania dlatego też tak jak Ty przestałam w ogóle czytać jakiekolwiek gazety czy popularne media. Cieszę się natomiast, że natrafiłam między innymi na Twój blog gdzie można się merytorycznie wypisać na okołogrowe tematy, wchodząc w dyskusje z ludźmi którzy rzeczywiście mają coś ciekawego do powiedzenia 🙂

        • Dziękuję za miłe słowa, Ewelino :). Mam nadzieję, że nasze blogi rozkręcą się we właściwy sposób, tj. przybędzie czytelników zainteresowanych tematem, być może i zabraniem głosu. Pisać dla szeroko zakrojonego targetu raczej nie zamierzam, na pewno nie tu. ^_~

          • Chyba, że ‚szeroko zakrojony target’ będzie chciał Cię czytać tu i w takim kształcie jaki uformowałeś teraz 🙂

          • Heheh, a później napiszemy oraz wydamy książki traktujące o tym, jak nieświadomie i mimowolnie zostaliśmy trendsetterami :D.

          • Taki jest plan, ale na razie nikt nie musi o tym wiedzieć! 😛

  • Pingback: Brace yourself… Summer Sales! | grotatnik()

  • Pingback: Drugi rok grotatnika w obecnej formule za mną + prezenty dla czytelników | grotatnik()