Strona główna Blog Strona 3

Czy w Mirror’s Edge Catalyst usłyszę rozmowę Davida Belle’a z Jewgienijem Zamiatinem?

Parkourem zacząłem interesować się mniej więcej 10 lat temu, gdy w moje ręce trafiła książka The Traveler, napisana przez osobę znaną pod pseudonimem John Twelve Hawks. Choć zapoczątkowana (podobno) przez Davida Belle’a forma aktywności fizycznej może jawić się jako wulgarne skakanie po dachach, to między innymi za sprawą popularnych filmów, niektórzy są w stanie ujrzeć w parkurze sztukę. L’art du déplacement. Zapraszam Cię do krótkiej przebieżki, podczas której opowiem dlaczego sequel Mirror’s Edge najprawdopodobniej będzie dla mnie świetną grą, oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie poruszył kilku innych tematów.

Wpływ sztuki doliny Nilu na elektroniczną rozrywkę

Źródło: Steam

Jesteśmy uczniami Greków, których mistrzowie pełnymi garściami czerpali od Egipcjan i nie wyssałem tej informacji z palca. Myśl, od której zaczynam moją kolejną krótką opowieść o grach video, pochodzi z blisko siedmiuset stronicowego tomiszcza, którego autorem jest najbardziej znany guru historyków sztuki, czyli Sir Ernst Hans Josef Gombrich. Autor The Story of Art stwierdziwszy, że dzięki malowidłom i reliefom możemy mieć wgląd w niesłychanie żywy obraz egipskiego życia sprzed kilku tysięcy lat, rzekł następująco: „[…] gdy patrzy się na nie po raz pierwszy, odczuwa się pewne oszołomienie.”

Celem tej notki będzie skrótowe „zanalizowanie” niektórych nieintuicyjnych rozwiązań w grach video. Przyjrzę się zarówno estetyce jak i mechanice kilku różnych produkcji, a skoncentruję się na tym, co w poszczególnych tytułach może być irytujące (i na co często narzekamy!), ale według mnie jest jednocześnie istotne dla koncepcji gry jako pewnej całości. Dywagacje o kulturowej spuściźnie ludu znad Nilu mogą być moim zdaniem pomocne, gdyż sposób przedstawiania rzeczywistości przez egipską sztukę był diametralnie inny od naszego – liczyła się kompletność, a nie (względna) piękność. W grach video jest bardzo podobnie!

Brace yourself… Summer Sales!

Kto by pomyślał, że zacznę przerabiać memy.

Wakacje to sezon ogórkowy dla wielu branż związanych z szeroko pojętą popkulturą. Na growym poletku latem raczej nikt nie oczekuje obfitych plonów – jedyne quasi-premiery, których możemy się spodziewać, to odświeżone wersje starszych tytułów oraz tak zwane porty na inne platformy (np. świetna gra This War of Mine, o której pisałem tutaj, pod koniec lipca ukaże się w wersji na Androida i iOS). Posucha na rynku wynika z wielu czynników, a najistotniejszym z nich wydaje się być to, że jest nam ona po prostu potrzebna – to czas na złapanie oddechu, odpoczęcie od ekranu komputera/telewizora lub ewentualnie narobienie zaległości. Oczywistą oczywistością dla firm zajmujących się produkcją i dystrybucją gier jest fakt, że silly season to doskonała okazja do organizowania różnorakich wyprzedaży. Wiele osób pyta mnie, czy planuję nabyć jakieś konkretne tytuły podczas zbliżającego się wielkimi krokami Steam Summer Sale. Szczerze, to nie mam pojęcia czy kupię cokolwiek, bo niebawem zamierzam zostać posiadaczem konsoli (co nie znaczy, że piecyk pójdzie w odstawkę) plus sporo gier, które mnie interesują, nabywam w okolicy premiery – nie jestem w stanie doczekać się ich obniżek i lubię być na bieżąco. Last but not least, różnorakie (nie tylko) growe promocje śledzę przez cały rok, więc ciężej znaleźć mi okazję, która jawiłaby mi się jako propozycja nie do odrzucenia.

  • jeśli polujesz na jakiś konkretny tytuł, ale jednocześnie masz wątpliwości, czy warto go nabyć akurat teraz, to powinna zainteresować Cię dalsza część tej notki
  • przedstawię doświadczenia związane z kupowaniem zarówno produkcji niezależnych jak i tzw. AAA
  • podzielę się moimi domysłami dotyczącymi przyszłości growego rynku

Pokaż skrawek Twoich ust, pokaż swój mózg!

Zastanawiałem się nieco od czego zacząć kolejną opowieść dla Ciebie (a może jesteś tu pierwszy raz?) i pomyślałem, że bohaterami niniejszej historii będą m.in. zwierzęta nieparzystokopytne i metafory krawieckie. Usiądź wygodnie, zapraszam Cię na bajkę. Będzie brutalnie, jak u braci Grimm i – mam nadzieję – wielowarstwowo, jak u Andersena. Tak, bywam bezczelny, cyniczny, pyszny i niesmaczny. Grając w dziesiątą odsłonę Mortal Kombat, nauczywszy się efektownego łamania układów kostnych poszczególnych postaci, pomyślałem sobie, że nowe szaty cesarza utkane zostały przez NetherRealm Studios z niewidzialnych nici, przynajmniej po trosze, bo po części również – zgodnie z tradycją – z keczupu symulującego krew. Zaiste i szlachetny koń niekiedy się potknie… nie zatraćmy mądrości przysłów i nie dajmy sobie wmówić, że darowanym koniom w zęby zaglądać nie należy.

  • Czy dziesiąta część jednej z najbardziej rozpoznawalnych serii bijatyk została skrojona na miarę moich oczekiwań?
  • W jaki sposób proponuję grać w MKX, by gra spodobała się również Tobie?
  • Dlaczego najmłodsze dziecko szikagowskiego NetherRealm Studios jest „wystarczająco” wynaturzone?

Koń jaki jest, każdy widzi. Każdy widzi też, że król jest nagi – no może prawie każdy. Pamiętajmy, że gry nie służą do oglądania, (s)tworzone są do tego, by w nie grać. Jeśli zastanawiasz się, po cholerę wciskam do tego tekstu konie, już spieszę z wytłumaczeniem, ale zapytam Cię jeszcze: jak dużo wiesz o uniwersum MK? Ja pewnie troszkę za mało, niż bym chciał. Kręć się, kręć wrzeciono…