Wkrótce skończę dłuższy tekst o Nier:Automata – to jedna z ciekawszych produkcji, z którymi miałem styczność w ciągu ostatnich kilku lat. Proces tworzenia trwa długo, gdyż analizowanie wirtualnego świata stworzonego przez Yoko Taro bywa problematyczne między innymi ze względu na liczne i nieoczywiste odwołania do filozofii, historii i literatury. Choć wiele symboli i znaków prowadzi do miejsc, z którymi jestem zaznajomiony, to o części muszę jednak doczytać, gdyż perypetie androidalnych protagonistów przecinają się z treściami, których nie było mi dane wcześniej poznać (niektóre z nich nie były nawet tłumaczone na język angielski i nie mam na myśli tekstów japońskich – konia z rzędem temu, kto wyłapie nawiązania np. do myśli Karla Grüna). Tekst opublikuję, gdy będzie gotowy, bo pośpiech nie jest dobrym sprzymierzeńcem w sytuacjach, gdy nie ma potrzeby się ścigać.

Wciąż myślę nad zmianą struktury tego bloga. Nowościami będą m.in.: growy pamiętnik złożony z krótszych wpisów zawierających wrażenia z aktualnie ogrywanych tytułów (ma to być materiał przeznaczony głównie dla mnie, ale może przypadnie do gustu niektórym czytelnikom) oraz notki „organizacyjne” na temat growych inicjatyw (oprócz gier wideo dotyczących np. gier planszowych lub książek traktujących o fenomenie growego medium). Przyjmijmy, że to, co właśnie czytasz jest zajawkową hybrydą, a różnica między tekstami „poważniejszymi” vide esej o DX:MD będzie zapewne widoczna gołym okiem – te treści nie będą dopieszczane, zamierzam spuszczać myśli z głowy bezpośrednio w tekst.

W minionym tygodniu nie grałem przesadnie dużo, ale udało mi się ukończyć RUINER, czyli debiutancką produkcję warszawskiego studia Reikon Games. Cyberpunkowy twin-stick shooter może być gratką dla amatorów gatunku i settingu, niemniej zdaje się cierpieć na grową odmianę pogranicznego zaburzenia tożsamości.

Z jednej strony RUINER chciałby jawić się jako produkcja, której trzeba się uczyć oraz trafić w gust weteranów pamiętających pionierów gatunku, czyli Robotron: 2084Space Dungeon Western Gun, z drugiej zaś ma ambicję spotkać się z odbiorcami, którzy odbili się np. od Hotline Miami (tutaj pisałem o sequelu opus magnum Dennaton Games), ale mimo wszystko podobał im się zamysł tej serii. Tego rodzaju koncepcyjny borderline przeważnie owocuje grami zbyt hardkorowymi dla każuali, a dla hardkorowców zbyt każualowymi. Kolejne wahania można zauważyć w obszarze estetyki – RUINER chciałby wpisywać się w konwencję gore cyberpunku, ale boi się pokazać nagość (nie uważam, żeby growa publicystyka na temat twin-stick shooterów miała się sprowadzać do porównań z Hotline Miami, ale dla porządku wypada wspomnieć o tym, że druga część rzeczonej gry zaczyna się od sceny zwieńczonej gwałtem). Innymi słowy, jeśli estetyka chce romansować w stylu zahaczającym o sex & violence, to dla immersji przydatna jest tzw. jazda po bandzie. O tym wszystkim śpiewała choćby Kasia Nosowska w utworze Cudzoziemka w raju kobiet („Za łatwa dla trudnych, a dla łatwych za trudna / zbyt czysta dla brudnych, a dla czystych za brudna…”). Przy okazji zasadne może być pytanie: czy każda gra potrzebuje ostentacyjnej fabuły? W mojej ocenie historia, którą opowiada RUINER jest historią bez której ta gra mogłaby się spokojnie obyć. Choć świat stworzony przez Reikon Games może się podobać, głównie za sprawą oprawy nawiązującej do japońskiej animacji, to jednak narracja jest co najwyżej taka sobie. Zmierzam do tego, że zamiast inwestować 20 euro w grę, o której się tu rozwodzę, sensowniejsze byłoby sięgnięcie np. po mangę lub anime Akira lub pogranie w absolutnie rewelacyjnego twin-stick shootera Nex Machinadla gameplay’u (gra nie bierze jeńców, gameplay jest szalenie wymagający od początku do końca i nie ma mowy o pasmie fartownych splotów okoliczności, tej gry trzeba się uczyć) i w side-crollowego cRPG-a Dex – dla historii. W moim przekonaniu RUINER jest grą, która spodoba się większości osób chcących po nią sięgnąć – nie trafi jedynie w skrajne gusta każuali i hardkorowców – ci pierwsi zrezygnują w momencie kilkukrotnej porażki, ci drudzy ukończą od deski do deski i uznają, że produkcja jest momentami frapująca, ale niestety poziom regrywalności i ułomna krzywa trudności nie zachęcają do spędzenia z grą dodatkowych godzin. Ujmując rzecz innymi słowami, po rozwinięciu umiejętności i opanowaniu mechanik następuje „dysonans” gameplayu z narracją – nasi przeciwnicy stają się bezradni, a więc jednorazowi. Reasumując, RUINER ma teraz swoje pięć minut i jest całkiem dobrą grą (jak dobry film sensacyjny, który może się spodobać, ale do którego nie wrócimy), jednak nie przejdzie do historii jako warte zapamiętania połączenie cyberpunkowej estetyki z rozgrywką typu twin-stick shooter.

Końcówkę ubiegłego miesiąca spędziłem jeszcze z trzema innymi „świeżymi” tytułami: z Killer Instinct, które 27 września (w końcu i niespodziewanie) trafiło na Steama, z Pinball FX3, które miało premierę dzień wcześniej oraz z Fable Fortune, które nabyłem pod koniec lipca i właśnie stuknęło mi 80 godzin spędzonych z tą karcianką. Pierwszej z tych gier fanom bijatyk nie trzeba przedstawiać – 2013 rok przyniósł reboot świetnej gry z 1994 roku, a rok 2017 zaoferował ten reebot w bardziej przyjaznej dystrybucji – wciąż pamiętam niesmak, który pozostał mi po Games for Windows – Live, ale to temat rzeka i nie na teraz (KI trafiło na Steama przy okazji chęci wznowienia zainteresowania grą poprzez zapowiedź udoskonalonej wersji na odświeżoną wersję konsoli XBONE). Pograłem w tę mordoklepkę kilka godzin z żoną i nie żałuję zainwestowanych pieniędzy, jednak spędziłem z tym tytułem zbyt mało czasu, by napisać coś wartego rozwinięcia tej wzmianki. O Pinball FX3 wspominam głównie dlatego, że Zen Studios (developer/wydawca gry) to firma, która po pierwsze jest absolutnym liderem w segmencie symulatorów flipperów, po drugie wyróżnia ją uczciwość, bo nie próbuje sprzedać nam drugi raz tego samego – większość stołów, które nabyłem do FX2 otrzymałem za darmo w FX3, w zawiązku z czym chętnie zainwestuję w stoły, których jeszcze nie mam, a czaję się szczególnie na Sci-Fi Pack oraz Aliens vs Pinball. Ostatnią z gier, o których napiszę coś przy okazji tego wpisu jest karcianka osadzona w uniwersum Fable – w mojej ocenie produkcja ta ma potencjał, by stanąć w szranki nawet z Hearthstonem, o ile projekt będzie się monetyzował i przełoży się to na jego rozwój. Fable Fortune jest w fazie early access, a wczoraj skończył się drugi sezon PVP i jednocześnie wystartował trzeci, ma to znaczenie głównie ze względu na zmianę questów potrzebnych do odblokowywania kart mających wariacje w zależności od obranej ścieżki moralności. Aktualnie gra jest kierowana do osób, które chcą brać udział w jej rozwoju, więc jeśli ktoś zamierza usiąść do niej wyłącznie dla przyjemności i liczy na doznania jak podczas pierwszych lat świetności karcianki Blizzarda, to zalecam się wstrzymać, bo produkt jest wciąż mocno zabugowany i konieczność przerwania rozgrywki ze względu na „niespodziewany” błąd to aktualnie chleb powszedni. Podobno w planach jest stworzenie wersji na urządzenia mobilne itd., itp. Oprawa i mechanika w Fable Fortune jest czymś nowym, jednocześnie sporo rozwiązań zostało podpatrzonych u konkurencji, zatem fani innych dygitalnych karcianek od razu poczują się jak w domu; przynajmniej ja wsiąkłem w ten tytuł na dobre i właśnie myślę o przearanżowaniu sześciu talii w celu dostosowania ich do nowych warunków rozgrywki. Z gier, które miały premierę w zeszłym tygodniu moją uwagę zdobył jeszcze Cuphead. Reprezentująca gatunek run and gun produkcja od StudioMDHR Entertainment Inc. osadzona została w estetyce kojarzącej się z kreskówkami Disneya z czasów romansujących z psychodelią. Choć nie nabyłem jeszcze tej gry, to przeczuwam spore prawdopodobieństwo, że ten stan rzeczy zmieni się w ciągu najbliższych godzin lub dni.

Nadmienię jeszcze, że w ostatnim czasie zostałem zaproszony przez Tomka Pieniaka do udziału w drugim odcinku koordynowanego przez niego podcastu Daj Ci to przejdę (<- można odsłuchać go pod tym linkiem). Na deser (a właściwie na podsycenie apetytu) początek długo obiecywanego artykułu o Nier;Automata. Jak już wspomniałem notkę tę sporządzam głównie dla siebie, ten sam zamysł będzie towarzyszył kolejnym wpisom tego rodzaju, niemniej mam nadzieję, że treści te okażą się interesujące również dla Ciebie.

  • Kamil

    Czekam na ten wpis o NieR jak zły 🙂

    • Cieszę się! W międzyczasie będzie jeszcze krótka notka o Cuphead, a później będę pracował już tylko nad tekstem o NieR (do napisania zostało mi pewnie z 30%). Daj znać, czy chciałbyś, żeby w notce znalazło się coś konkretnego (z pewnością będzie np. o tym w jaki sposób gra przywołuje motyw związku Sartre’a z Simone de Beauvoir i o eseju „O teatrze marionetek” Heinricha von Kleista).